No coz, wypada napisac cos zgola innego niz tylko piac z zachwytu nad wnuczkiem, ktory rosnie jak na drozdzach i ogolnie kochanym chlopaczkiem jest!
Musze przyznac, ze kocham dzieci, glownie wlasne, natomiast nie naleze do osob, ktore pochylaja sie nad kazdym mijanym wozkiem na ulicy i w zachwycie pieja nad jego zawartoscia. Zawsze tez dzieci znajomych mnie denerwowaly (nie wiem czy teraz tez tak bedzie), a juz najbardziej wnuki moich kolezanek, ktore podczas moich odwiedzin wchodzily mi doslownie na glowe. Zaciskalam wtedy szczeki, zeby nic nie powiedziec i nie wyjsc na wredna babe bez instynktu macierzynskiego! Ale dzieci instynkt swoj maja i czuly, ze te pania, to lepiej z daleka omijac!
Bede z pewnoscia kochala wnuczka jak kazda babcia, ale nie sadze, zebym miala zwariowac na jego punkcie (chociaz kto wie, moze jakis cud nastapi?).
Kolejny stosik ubranek i nie tylko szykuje dla Mikolaja, ktore to przy okazji zostana wreczone, ale nie mniejsze stosiki sa kompletowane dla corki, dla znajomych, a juz najwiekszy stos wiadomo, jest moj!
A tak w ogole to babcia zyje teraz szybciej... wciaz dom i wyzwania z nim zwiazane zaprzataja glowe. Po lazienkach przyszla pora na kuchnie, ktora wciaz w fazie projektowania, schody prawie dopiete, balustrada potem... wciaz maile, telefony, ustalenia.
Ostatniej soboty kilka godzin spedzilismy w Rzymie. Jak to w zyciu bywa, plany planami, a zycie plynie zwykle swoim torem nie biorac pod uwage, tego, ze ktos, cos planuje. Tak wiec pogoda popsula wszystko co mogla, natura postanowila sobie poplakac i to rzewnie! Lzy lala ostatniej soboty nie tylko w Campanii ale i w Lazio! Rzym wiec w strugach deszczu ogladalam glownie z okien roznych kafejek, ktore na mojej rzymskiej drodze byly. Ledwie do Watykanu (gdzie bylo najblizej) dopieglismy, bez parasoli, bez odpowiednich ubran, a moja puchowa kurtka z kapturem szybko nasiakla deszczem i niestety nie ochronila mnie przed zmoknieciem i zmarznieciem!
W drodze powrotnej zahaczylismy o centrum handlowe wielkie i wspaniale o nazwie Euroma2 w rzymskiej dzielnicy EUR. Prawdziwie handlowe cudo! Warto zobaczyc chocby tylko dla wystroju wnetrza, niekoniecznie skupiajac sie na sklepach (a warto bylo te cudowne sklepy zobaczyc) choc gdybym miala pelen portfel to kto wie jakby to sie skonczylo, wyprzedaze bowiem trwaja do konce tego tygodnia.
No wiec turystycznie centrum przebieglam, a potem ruszylismy do domu. Dzien milo i smacznie zakonczylismy w naszej ulubionej Pizerri "Vera Pizza", prowadzonej przez wloskie malzenstwo, przy butelce wina i pizzy.
Mistrz Pizzy rozrabia ciasto na placki i naklada farsz
gotowe przygotowane roznorodne placki pizzy wedruja do pieca
i po ok. 3 minutach gotowe wedruja albo do kartonow i jada do klientow, albo na talerze i na stoly klientow :)
pizza Diavola ( z ostra salami) a do niej czerwone Aglianico z Beneventu :)
Moj kochany wnuczek Mikołaj rozpoczal swoja przygode z zyciem :) Mam nadzieje, ze bedzie dla niego laskawe.
A ja jak to babcia, chcialabym juz go wziac na rece, przytulic, nakarmic, przewinac, ale... niestety, jeszcze troche czasu uplynie zanim go zobacze, tymczasem zostaje internet i zdjecia, ktore zostawiam, zeby sie ta swoja radoscia podzielic z calym swiatem!
Otoz dzisiaj rano moim dzieciaczkom urodzil sie synek, dzieki czemu jestem babcia!
Nareszcie!
Mikołaj wazyl 3500 g i jest slicznym chlopczykiem! Zdjecia obejrzalam, bo synek napstrykal i babci i dziadkowi przyslal. Kolezanki mnie pocieszaja, ze jestem zona dziadka, a babcia w pelnym slowa znaczeniu zostane, kiedy urodzi sie moim dzieciom coreczka!
Dla mnie to nie ma znaczenia, to malenstwo kocham, bez wzgledu na wszystko!
W kazdym razie, teraz juz w majestacie prawa bede kupowac Mikołajowi ubranka, zabawki i wszystko na co mi przyjdzie ochota, bo do tej pory jednak kupowalam ze strachem, i pamietajac jak to moja mam mowila, zeby przed urodzeniem nie kupowac niczego.
Poza tym, ze ciesze sie malenkim wnuczkiem, mam mase pracy!
Nostalgia i te smutne nastroje musialam pogonic... nie mam czasu na zaglebianie sie w swojej natury ciemna strone!
Od kilku dni znowu temat urzadzania dom ruszyl!
Trzeba bylo ruszyc do roboty. A to nie takie plytki wybralam, za duze (60X60) na mala przestrzen. A to wanna nie taka, kabina nie taka jak powinna, zmienilam wiec na wanne wolnostojaca, ktora nie bedzie obudowana bedzie stala sobie taka owalna miseczka prawie na srodku lazienki, a zeby jakies srodki myjace miec obok, chyba trzeba bedzie stoleczek postawic, bo K-M nie zgodzil sie na zadne poleczki! Ma byc ladnie i przestonnie!
Kabina to domena mojego K-M i niech on sam decyduje!
Poza lazienka u gory, trzeba bylo troche lazienke dolna przeorganizowac.
Potem trzeba bylo wybrac podlogi do salonu, K-M bedac w sklepie pokazal mi podloge, ktora wybralam, a wybralam dab szczotkowany i jak zobaczylam go na zywo! to sie przerazilam, ze taka ciemna, trzeba bylo cos odpowiedniego wybrac, zeby pasowaly meble i podloga w kuchni i jadalni do salonu!
Ciezko wbierac cokolwiek, kiedy sie nie widzi, nie dotyka nie wie czy pasuje... wszystko po omacku, polegajac na wlasnej wyobrazni... oj nie jest latwo!
Baterie wybralam do calego domu firmy Grohe, opierajac sie tylko na opiniach klientow sklepow i uzytkownikow. Nie jest to najlepsza firma na rynku, ale na drozsze mnie nie stac, a chinskiego badziewia nie chce. Sorry!
No i kuchnia.
Nagle szef firmy, ktora urzadza nam dom, napisal, ze pora kuchnie zaprojektowac i sprzet wbrac, bo stolarz ma kolejke, i jak chcemy miec kuchnie do powrotu, to juz najwyzszy czas.
No wiec z K-M ruszylismy do boju! Przejrzelismy w internecie setki a moze i tysiace zdjec kuchni klasycznych drewnianych.
Wybralismy kolor drzewa, rozmiary i wyglad szafek, fronty i frezy, do mebli trzeba bylo caly sprzet kuchenny dobrac. Wszystko pod zabudowe!
Pracy co niemiara! Znowu wybierajac sprzert opieralam sie na opiniach klientow, a potem cenach podgladajc w Ceneo itp portalach!
Okazuje sie, ze ceny w hurtowniach sa wyzsze jak ceny w sklepach internetowych i nasz inwestor w rozterce, ze ceny sprzetu jakie mu podalam odbiegaly od cen whurtowniach.
No i chyba nie mamy wyjscia, nie ma nas w kraju, wszystko urzadzamy przez firme wiec musimy im zaufac, inaczej sie nie da... a roznice w cenach sa spore. Na kafelkach na przyklad roznica wynosi 2-3 zl. A plytek zamowilismy sporo!
Codziennie wiec kilka godzin spedzam w internecie ogladajac, dzwoniac do firm z zapytaniami, rysujac, wybierajac... i jeszcze konca nie widac!
Mamy prawie wszystko dopiete na ostatni guzik jesli o lazienki chodzi
Schody jeszcze wisza w powietrzu, a juz trzeba myslec! Mam pomysl, ale czy sie uda?
Chcialabym takie:
a moze takie?
a stopnie drewniane jak tu:
Kolor ma byc taki jak podloga na pietrze. Barierki chcialabym kute, ale... niezbyt drogie... byle czego nie chce, a niestety to co chce jest zbyt drogie.
O mammamia... nawet sobie nie wyobrazacie ile wyzwan, ile pracy i rezygnacji, zamiany jednego na drugie. I oczywiscie roznych takich drobnostek, ktorych sie nie da poprawic.
Ot, chocby kaloryfer w holu, zostal powieszony w holu na scianie obok schodow! A ja tam oczami wyobrazni widzialm sliczna konsolke drewniana, a nad nia krysztalowe lustro w ciekwych ramach!
I nic z tego! ! Bo nie da rady kaloryfera usunac... juz go przesunelismy maksymalnie w rog... niewiele to daje! Jak to zobaczylam na zdjeciach, to bylo mi przykro.,
Wymarzylam sobie sliczny holl z blyszczaca podloga, na wprost schody jak w hoolywodzkim filmie, mial byl stoliczek na nim bukiet kwiatow wazonie, lustro... a tu kaloryfer!
No coz, marzenia - marzeniami, a zycie zyciem! Zycie to niestety, nie flm z Holywood!
Marzyl mi sie w weekend w Rzymie, wystawa dziel Boldiniego, gwarne uliczki, sklepy pelne ciuchow, a chocby widok swiata zza okien samochodu bylby jakims urozmaiceniem w moim monotonnym, zeby nie powiedziec nudnym zyciu!
Niestety, nie dane mi bylo! Silne przeziebienie zwalilo z nog nie tylko syna, ale i K-M. Coz, zdrowie nawazniejsze wiec wystawe obrazow Giovanniego Boldini obejrzec sobie moge na zdjeciach w internecie. Co tez uczynilam i nie raz jeszcze tam zajrze, malarz ten bowiem pretenduje do miejsca pierwszego w na mojej liscie favorite painter.
Musze przy okazji taka liste zrobic, ale najpierw przygotuje sie, poczytam, poogladam, przypomne i zrobie taki wpis, choc ciezko bedzie, bo tyle obrazow mnie zachwyca. I trzeba by pogrupowac obrazy na kategorie: martwa natura, akty, pejzaze, portrety, kwiaty. Ale poniewaz nudze sie, tylko dom na glowie, nawet pracy nie mam w tym roku, firma nie podpisala ze mna na ten rok umowy (kryzys), wiec musze czyms sie zajac, zeby nie zwariowac!
Zreszta, jak tu nie czuc sie kiepsko. Trzeci rok w odosobnieniu. Kazdemu by psychika padla gdyby z malymi przerwami trzy lata siedzial z dala od ludzi. Pocieszam sie jak moge, tlumacze sobie, ze to juz niedlugo, jednak sa dni, ze do swiadomosci mojej nic nie dociera.
Gdybym mieszkala w Polsce to wsiadlabym w autobus pojechala do miasta, przeszla po sklepach, poogladala wystawy, popstrykala zdjecia zamarznietej zatoce i zimowym gdynskim obrazkom, wypila grzanca w Kontrascie, poprawila sobie z pewnoscia nastroj i szybciej doszla do siebie.
Poza tym kina, teatry, opera, filharmonia... nawet jesli tylko teoretycznie, to sama swiadomosc, ze w kazdej chwili moge skorzystac z tych wszystkich dobrodziejstw cywilizacji, jest budujaca!
A tutaj?
Nic z tych rzeczy.
Wokol widze pustke.
Nie znam jezyka, nie mam przyjaciol, kolezanek, nie znam autobusow, nie mam jak dostac sie do sklepow! No po prostu pustynia. Neapolu nie widze miesiacami, sklepy rzadko, coraz rzadziej... tylko pies, dzikie koty i popoludniowe rozmowy z domownikami. Syn zreszta i tak po przyjsciu do domu, sluchawki naklada na uszy wlacza komp i ... go nie ma.
Slowo daje, nie ma mi czego zazdroscic. To ja Wam zazdroszcze i tej zimy i sasiadow i tego wszystkiego co macie w zasiegu reki, a czego nie doceniacie. Bo docenia sie to wszystko wtedy, kiedy sie to straci!
Pod koniec XIX wieku, za sprawą pewnej grupy artystów w malarstwie dokonała się prawdziwa rewolucja. Ich charakterystyczne, pełne koloru i nieco odrealnione obrazy zaliczane są dziś do klasyki sztuk pięknych. Powstal impresjonizm i zachwyca, oszalamia po dzis dzien, choc poczatki latwe nie byly.
Byl taki włoski malarz portrecista, ktory nazywal sie Giovanni Boldini urodzil sie we Włoskiej Ferrarze 31 grudnia 1842 roku, jednak wczesnie wyjechal do Paryza, gdzie uczyl sie malowac, tam wiec tworzyl i zyl do konca swoich dni.
Malowal glownie portrety, ale jak malowal! W wikipedii napisano, ze malowal swobodna technika malarska. Cokolwiek to znaczy, spod jego reki wyszly portrety (nie tylko portrety malowal) niesamowite, piekne, oddajace wiernie z detalami nurty owczesnej mody.
Zachwycily mnie te obrazy, smiale i chyba szybkie pociagniecia pedzla, barwy i swiatlo na plotnach. Popatrzcie nizej na te obrazy czyz nie sa wspaniale?
Czyz patrzac na obraz Hiszpanskiej tancerki nie slychac muzyki? Nie widac ruchu, przeciez wokol jej sylwetki nawet powietrze wiruje i tanczy!
Zastanawiam sie czy wolalabym zyc w czasach Belle Epoque, czy raczej potrafic tak malowac jak Boldini! I tu mam dylemat!
Dlaczego o nim pisze? Ano dlatego, ze w Rzymie przy Piazza Navona trwa wystawa prac tego artysty, ktora musze koniecznie zobaczyc.
W najblizsza sobote wybieramy sie do Rzymu i te wystawe koniecznie musze zobaczyc. To dopiero bedze swieto dla moich zmyslow!
Ponizej zamieszczam kilka zdjec obrazow, ktore mnie zachwycily. W internecie mozna znalezc wiecej wiadomosci o tym ciekawym a kompletnie nieznanym u nas artyscie.
Portret Mlle De Gillespie La Dame De Biarritz
Portret Madame Georges Hugo (Pauleen Menard Dozian) z synem
Nudna bede, kiedy powtorze, ze czas mi leci jak zwariowany. Ale tak wlasnie jest. Moze dlatego, ze zimowe dni jednak sa krotsze anizeli letnie, czy wiosenne?
Przedpoludniowe godziny spedzam baraszkujac po centrach handlowych, polujac na firmowe ciuchowe i nie tylko perelki a to w zwiazku z wielkimi wyprzedazami jakie sa w sklepach chyba na calym swiecie.
Stalam sie wiec posiadaczka kilku par spodni ocieplanych narciarskich, dwoch kurtek tychze i bielizny termoaktywnej - he he nie nie jestem narciarka, w zyciu nart w reku nie mialam, ale widzac aure jaka panuje w Polsce zaopatrzylam sie w te odziez na przyszlosc. Wszak w lesie bede mieszkac a las kocham o kazdej porze roku, spacer zima to nie lada atrakcja ale i wyzwanie. Pamietam jak niejeden raz wracalam z takiego spaceru zadowolona, ale zmoczona po kolana i spocona. W lekkim ale cieplym i odpowiednim ubraniu latwiej bedzie mam nadzieje sie poruszac i zdecydowanie przyjemniej.
Wieczory natomiast uplywaja mi przy ciekawych lekturach, ktorych dostarczyla mi corka. Tematyka ksiazek i czasopism jest rozna, dostalam poradniki jak urzadzic mieszkanie (wciaz cos urzadzmy, zmieniamy, wciaz na telefonach i mailach, przy okazji napisze co w temacie domu) ale dostalam tez od corci trylogie Moniki Szwaji, bohaterkami, ktorej sa losy czterech kobiet w wieku ok 40 lat, zalozycielek Klubu Malo Uzywanych Dziewic.
Wybaczcie mi ten moj zachwyt Szwaja, ale jej lektura bawi mnie nie mniej jak ksiazki Joanny Chmielewskiej, Irwina Shawa czy Jerzego Pilcha. Wiem, ze dla wielu z Was, taka lektura to strata czasu. Nie jestem znawca literatury i nie mam wyrafinowanego gustu w zwiazku z czym czytam co mi tam wpadnie w rece. Jednak nade wszystko preferuje literature lekka, latwa i przyjemna. I nie ma to jak zimowe wieczory spedzac w lozku z interesujaca lektura. "Dziewice..." w boju sa tak zabawne, wzruszajace, ze przeczytalam w dwa wieczory. Przyszla kolej na ostatnia trzecia czesc przygod "Dziewic" - "Zatoke trujacych jabluszek".
Ledwie zaczelam ja czytac, a juz sie martwie, ze zaraz ja skoncze...
Nie zazdroszcze Wam Moi Drodzy Przyjaciele zamieszkali w Polsce pogody, wspolczuje mrozu, sniegu i wszelakich problemow z zima zwiazanych, ale zazdroszcze tego, ze macie pod nosem ksiegarnie pelne wspanialych, roznorakich czytadel. A moze zechcecie sie podzielic ze mna tytulami swoich ostatnich lektur. Z przyjemnoscia dowiem sie co Was zachwycilo, rozbawialo, wzruszylo?
(bedzie dlugi i nudny wpis, mozna przeczytac koncowke i juz...)
Kilka dni temu rozpoczal sie w kalendarzu gregorianskim nowy 2010 rok. Nie ma to dla mnie w zasadzie wielkiego znaczenia, ktory to rok. Tamten 2009 rok byl dla mnie dobry, laskawy, przyniosl wiele dobrego. Szkoda, ze sie skonczyl!
Rok starsza bede dopiero w pazdzierniku, niby niczego nie zmienil ten 1 styczen 2010 roku, ale ... spedzilismy przeciez kilka cudownych dni w Alpach Bawarskich razem z corka (i jej chlopakiem) i to bylo wielkie swieto. Z radoscia patrzalam jak moja corcia sie smieje, cieszy. Dawno jej takiej szczesliwej nie widzialam. Zadowolona, usmiechnieta, promienna. Ale jak wszystko co dobre, tak i ten nasz wspolny czas skonczyl sie i kazde wrocilo do siebie. My na wloska prowincje, a corka z chlopakiem do siebie do Polski.
A teraz nie ciesze sie wcale, ze czas tak szybko biegnie naprzod, ze wskazowki zegara przesuwaja sie jak zwariowane... prawie slysze czasem ich stukot. Tik, tak, tik, tak... i mysle sobie czasem, zeby jakas dobra wrozka zatrzymala te wskazowki i pozwolila delektowac sie piekna chwila. Bo przeciez zycie sklada sie z normalnych, zwyklych, szarych dni i pieknych chwil. I w trakcie tych pieknych chwil chcialoby sie, zeby czas stanal i trwaaaaaaaaaaaal!
Ale tak dobrze jeszcze nie ma, wrozki istnieja tylko w naszej wyobrazni, wiec nikt mojej prosby nie wyslucha, a czas nieublaganie biegnie i nie da sie go zatrzymac. Tak jak i jego rezultatow.
Niestety starzeje sie, moje cialo tez, pamiec juz nie ta, zdolnosci jakies slabsze no i niestety coraz trudniej wytrwac w roznych podejmowanych postanowieniach.
Wiec nic na ten 2010 rok sobie nie postanowilam. Slaba jestem, moja silna wola prawie nie istnieje i tak nie daje rady wytrwac przy zadnym postanowieniu, mam jeszcze bardziej slomiany zapal do wszystkiego jak niegdys, wiec juz nic nie chce, niczego nie planuje, niech bedzie co ma byc.
A daty w kalendarzu sa wazne, kiedy wyznaczaja jakies wydarzenia, no i przeciez jakis punkt odniesienia w zyciu miec trzeba.
Moje zycie jednak, wyznacza inna data. Moje zycie zmieni sie mniej wiecej za 210 dni. 1 sierpnia 2010 roku skoncza sie definitywnie moje wloskie wakacje, a rozpocznie nowy, kolejny etap w moim zyciu.
Czy bedzie lepszy, tego nie wiem, ale z pewnoscia bedzie inaczej. Z dala od gwaru i swiatel wielkiego miasta. Zamieszkam przeciez na Kaszubach w malej wiosce pod lasem, wsrod innych ludzi z innym widokiem z okna.
Chcialabym, zeby wszystko sie dobrze ulozylo. Zeby bylo tak jak mi sie marzy, zeby budzilo mnie sloneczko i jazgot ptakow za oknem, a nie sasiad orzacy swoje pole traktorem (jak tutaj we Wloszech), albo jezdzaca ze swistem winda jak w moim wiezowcu w Gdyni.
Ale do tej rewolucji w moim zyciu, ktora nieuchronnie mnie czeka, pozostalo sporo dni w kalendarzu. Mam nadzieje pieknych, cieplych, z blekitem nad glowa, z moimi puszystymi kotami, ktore miauczeniem pozdrawiaja mnie kazdego ranka liczac na dobre i obfite sniadanie, z wloskimi bazarkami oferujacymi tysiace bzdetnych chinskich duperelek, ale i perelkami w postaci porcelanowych figurek z krolewskiej manufactury Capodimonte (sygnowanej literka N), jakie czasami wpadaja w moje rece.
Niestety nic nie trwa wiecznie, przyjdzie ten dzien, kiedy bede musiala pozegnac sie z wloskim niebem, mozarella, drzewkiem cytrynowym i pomaranczowym w ogrodku i tym wszystkim co polubilam i pokochalam.
Ale dosc smucenia... bo sie rozplacze!
Jeszcze okolo 200 dni przede mne wiec... mam dobra wiadomosc! Nie nie, babcia jeszcze nie jestem, wciaz czekam!
A ta dobra wiadomoscia jest taka, ze dostalam laptop, tylko dla siebie. Taki o jakim marzylam (Toshiba Satellite M505), no moze nie tak wypasiony jakbym chciala ale przeciez duza dziewczynka ze mnie i wiem, ze w zyciu nie mozna miec wszystkiego.
Tak czy siak, ciesze sie jak dziecko nowa zabaweczka, jest to urzadzenie wygodne, lekkie, niewielkie i najwazniejsze: Moje!
W tym przedswiatecznym okresie narzekam niestety, jak wszyscy, na brak czasu.
Jeszcze kulinaria do zrobienia nam zostaly i swieta dla naszej trojki gotowe. Wiec golabki jakie moja mama robila z kaszy gryczanej z grzybkami musza byc, barszczyk czerwony z uszkami, jakies rybki w greckim sosie i smazone (namiastka karpia), pierogi juz sie mroza, ale ciasto przeciez i obowiazkowo z makiem a drugie mam nadzieje na udana probe zrobienia tiramisu... i ogolnie jakos zabiegani jestesmy.
Pogoda u nas takze nieciekawa, chociaz sloneczna. Jest po prostu zimno. W nocy okolo 0-2 stopnie to niewiele. A domu odpowiednio nagrzac sie nie da (bo bez odpowiedniej izolacji) wiec znowu wydamy majatek na ogrzewanie.
Wczoraj pogonilam mojego malzonka do centrum Napoli, zeby zobaczyc jak to Wlosi szaleja zakupowo przed swietami... ano szaleja, na waskich, ciasnych uliczkach powystawiali sie ze swoimi kramikami i niestety przypadkiem wpakowalismy sie nasza terenowka w jedna z takich uliczek i ze dwie godziny nam zeszlo... zanim udalo nam sie stamtad wyrwac!
Nie bede mowic, ze oberwalo mi sie od K-M za "swietny" pomysl, za to, ze aparat wyciagnelam i pstrykalam im zdjecia, pewnie nie mam problemow i mam ochote oberwac, poza tym auto nowe i podrapia, porysuja, nie wiem co jeszcze leglo sie mojemu K-M w glowie, ale przynam, ze i ja mialam dyskomfort jazdy i dusze na ramieniu.
Jak wyrwalismy stamtad tak prosto do domu pojechalismy, odechcialo mi sie miasta, ludzi, zakupow, ogladania wszystkiego co sie wiaze z przedswiateczna atmosfera.
Zadnych parkingow, zadnych miejsc wolnych na tych parkingach, ktore znalismy... zero mozliwosci wyjscia z auta. No trudno.... nie ma to jak na mojej spokojnej i cichej prowincji!
Jedno moge o przedswiatecznym Neapolu powiedziec widzac, Wasze zdjecia. Tutaj nie ma takiej milej, podnioslej atmosfery. Ulice, domy nie sa ladnie, elegancko przystrojone jak w Wiedniu Florencji, nawet jak w mojej Gdyni... tu tylko lepiej ozdobione sa drogie hotele, kamienice, w ktorych mieszcza sie banki, dobre firmy, a ogolnie to wielkie miasto jest takie troche zaniedbane. Mysle, ze jest po prostu autentyczne. Tacy jak mieszkancy, ktorzy nie sila sie na innosc.
I to jest takze urok tych miejsc.
Nasze swieta beda spokojne, za to w drugi dzien swiat ruszamy w droge do Bawarii!
Hurra!!!
Tam spotykamy sie z corcia i jej chlopakiem, bo sie do nas na narty wybieraja.
Wiec wspólnie spędzimy kilka dni i razem powitamy Nowy Rok. Oni na nartach od rana, corka chce sie nauczyc, a my na spacerkach i w aquaparku. Bardzo sie ciesze, bo spragniona jestem rodzinnej atmosfery, niech to bedzie nawet setki tysiace km od domu, ale niech beda moje dzieciaki z nami.
Nasz starszy syn z synowa w Polsce spedza swieta u rodzicow synowej. Dla malenstwa, ktore ma sie w styczniu urodzic maja juz wszystko przygotowane, umowieni sa w szpitalu w Wejherowie na rodzinny porod, a w domku czeka lozeczko, ciuszki, kosmetyki, sliczny wozek i ladnie przygotowany maly kacik w ich sypialni. Teraz spokojnie czekaja na to, az malenstwo bedzie gotowe do przyjscia na swiat! A ja trzymam kciuki, zeby wszystko sie szczesliwie zakonczylo.
Teraz mam chwilke czasu i korzystam z synka komputera, tego duzego, na ktorym wszystko dobrze widac, zaraz tez pozagladam do Was... Maly ma juz ferie swiateczne i jeszcze spi. Moj laptop z serwisu zabralismy, zeby przypadkiem nie zginal, i zeby mi Wloscy fachowcy przypadkiem nie wyczyscili dysku z tysiecy zdjec, chcemy je najpierw przekopiowac na inny specjalnie kupiony dysk. Ale, zeby je skopiowa trzeba przygotowac specjalne wejsciowki czy jakos to sie nazywa, jako, ze to byl sprzet amerykanski nowej generacji, tak wiec jeszcze ogolnodostepnych takich przejsciowek nie ma na rynku wiec... jest maly problem! A ze nieszczescia chodza parami to nie wiem czy pisalam moj Nikon tez popsuty lezy i czeka na naprawe. Musze do serwisu w Polsce go oddac (jakos mam zaufanie do Polakow) chyba, ze znajde w Bawarii serwis i naprawia mi tam w ciagu kilku dni na co wiele nie licze bo wiem, ze te male firmy nie pracuja jednak w te swiateczne dni. A tam przeciez nie lada zima jak i u Was w Polsce, czego Wam nie zazdroszcze!
I kilka zdjec z naszej wczorajszej wyprawy do centrum:
Juz myslalam, ze porzadki swiateczne w domu zapanowaly, niestety, niestety!!! zapomnialam, ze zamowilismy dawno temu kominiarza, ktory wlasnie dzisiaj rano sie w domu pojawil. Komin w tym domu chyba po raz pierwszy takiego fachowca widzial a potrzebowal lekkiego przeczyszczenia, uzywany przez nas czesto zaczal lekko dymic.
Owszem kominiarz zrobil co trzeba, nawet posprzatal po sobie, ale...wiadomo, musialam dolozyc swojej reki.
Wiec moje przedtem umyte i wypastowane podlogi po przejsciu kminiarza i Luciano (syn wlasciciela) wygladaly duzo gorzej jak przed pastowaniem.
Ki czort mnie podlusil, zebym te podlogi pastowala?
Za to w tych ciezkich domowych pracach, dzielnie sekundowala mi Lady Gaga - polecam wszystkim jesli Wam sie czegos nie bedzie chcialo, tak dobrze rusza, ze ho ho, zadnych srodkow dopingujacych nie potrzeba przy takiej muzyce. Kopa mialam takiego, ze kolejny dom moglabym przeleciec :)
I na koniec moje stroiki w tym piekna swieca od Malgosi z Toskani (jeszcze raz dziekuje) :)