W temacie kulinarnym tkwie i jakos ciezko z niego wyjsc, kiedy sie jest lakomczuchem takim jak ja!
Otoz K-M przywiozl mi twarog z Polski (ponad 2 kg) swiezutki i jeszcze pachnacy, i oczywiscie od razu zabralam sie za piecznie. Czesc twarogu zamrozilam, a kostke zostawialm o tak do zjedzenia. Z kilograma upieklam pyszny puszysty sernik z rodzynkami. Prawie sama go zjadlam, co sie niebawem odbije na mojej figurze... niestety, ale co bylo zrobic kiedy moje chlopaki niestety ale preferuja bialko w naturalnej postaci tj. w miesie, kielbaskach szyneczkach. A sernik ledwie tkneli...
No wiec, jesli pieczony sernik chlopakom nie smakowal, a lubia obaj na zimno, zatem zrobilam dzisiaj sernik na zimno. Mialam jedna kostke twarozku dolozylam opakowanie mascarpone, do tego smietane kremowke i wyszedl smaczny, delikatny serniczek na zimno.
W zasadzie to nie tak bez okazji ten serniczek powstal. Nasz najmlodszy synek jutro bedzie mial urodziny, konczy 19 lat wiec to pod jego gust i dla niego zamiast tortu, za ktorym nie przepada.
Chcemy synowi takze obok prezentu, a zamowil sobie takie urzadzenie elektroniczne do czytania e-bookow, (bo z syna mol ksiazkowy co jest chyba jego jedyna zaleta, innych nie znam) zrobic wycieczke turystyczno-krajoznawcza w jakies ciekawe miejsce. Dokad, tego jeszcze nie wiem, proces myslowy trwa... a po wycieczce, gdzies po drodze zjedzonym frutti di mare, na kawe wrocimy do domu. I na pyszny serniczek z mandarynkami.
Gdybym byla poeta to napisalabym na temat tego deseru dlugi poemat. Rozwodzilabym sie nad kazda warstwa deseru, nad biszkoptami nasaczonymi espresso polaczonego z amaretto, albo slodkim sycylijskim winem. Kilka wersow poswiecilabym warstwie kremu, na ktory skladaja sie mascarpone ze smietanka kremowka delikatnie ubita, wszystko poslodzone lekko, potem to wszystko posypane dobrym aromatycznym kakaem albo kawa (rozne wersje tego deseru znam).
Tak wiec jest to taki rodzaj deseru, ktory stawiam na polce w panteonie moich smakow obok sernika polskiego, szarlotki ze smietana z Delicji, ptysia ze smietana z Justynki.
Przekonywalam sie jednak do Tiramisu dosc dlugo.
Nie od razu mnie ten smak uwiodl.
Pierwszy raz polecila mi go szwagierka kilka lat temu bedac u nas w Rzymie. Nigdy nie jadalam ciast ani deserow wloskich do kawy, bo nic mnie nigdy nie zachwycalo, za wyjatkiem lodow, ktore raczej dla ochlody kupowalam, anizeli z żądzy zjedzenia.
Dobre lody to jadlam w Bawarii, a przedtem w Polsce, Zielonej Budki czy podobne, a wloskie, no coz, w wielu czuc sztuczne barwniki, a nie smak owocow, dobre sa smietankowe albo po prostu wloskie z maszyny... ale ogolnie mnie nie powalaja, jak juz kiedys pisalam.
Wracajac do Tiramisu, co w wolnym tlumaczeniu znaczy "podnies mnie" (zdecydowanie podnosza nstroj), wiec bedac w jakiejs rzymskiej kawiarence, szwagierka stwierdzila, ze to niemozliwe, zebym nie znala do tej pory Tiramisu, jesli ona juz od lat w Polsce je kupuje, rozsmakowala sie w nim cala rodzina, bedac na nartach we Wloszech zawsze zamawiaja w kafejkach, a to przeciez deser wloski!
Jak mozna nie znac Tiramisu i nie lubic?
No wiec wszyscy zamowilismy po porcji Tiramisu do kawy i degustowalismy. Pierwsze wrazenie, okresle slowem "hmmm", bo jakos tak mi nie za bardzo smakowalo, oddalabym bez chwili namyslu za polski sernik ze swiezego twargu, albo zwyklego ptysia ze smietana. Nie chcialam byc jednak niegrzeczna i pochwalilam deser nie znajdujac w nim jednak niczego, co by go wywyzszalo go nad inne, a wrecz nie smakowalo.
Ale... ale od tego czasu, jakas ambicja sie unioslam myslac, ki czort, wszyscy go chwala no to Tiramisu, a mnie to nie smakuje, musze sie jednak przekonac. Od tej pory bedac w jakiejkolwiek kawiarence w jakimkolwiek miejscu Wloch (Piza, Sycylia, Napoli, Caserta, Capua i inne miasta i miasteczka...) staralam sie zamawiac wlasnie Tiramisu.
I wyrobilam sobie poglad na ten deser. Wiec Tiramisu jak pewnie wszyscy Polacy wiedza, bo smakoszami a wrecz specjalistami od ciast jestesmy jako spoleczenstwo (duzo jemy ale i sami potrafimy robic), jest albo ciastem albo deserem w pojemniku, szklance albo plastiku jaki mozna kupic w Auchan.
I jak kazdy deser, w niektorych miejscach jest po prostu znakomite: tj. delikatne, nie za slodkie, z wyrazna nuta alkoholu, kawy i wszystkiego co na ten deser sie sklada. Ale sa takie, ktore sie po kilku kesach odstawia.
Ale jedno, ktore jadlam bylo wyjatkowe i zostawilo trwaly slad w mojej pamieci. Od tej pory po prostu uwielbiam ten deser.
Bylo to w kawiarni w centrum Sorrento przy pomniku, nazwy tej kawiarenki nie pamietam, ale siedza w niej zwykle turysci odpoczywajacy po trudach zwiedzania tego uroczego miasta i w niej wlasnie podaje sie Tiramisu w szklance czy pojemniku. Tutejsze Teramisu to po prostu poezja! Wszystkie inne przy nim wysiadaja.
Zastanawiam sie jednak co sklada sie na to, ze tak diametralnie zmienia nam sie nastawienie do czegos, czego przedtem nie lubilismy. Nagle jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki w jednym momencie zaczynamy zakochiwac sie w smaku, by po prostu pokochac miloscia gleboka?
Czy to, ze pokochalam Tiramisu, moze spowodowal wyjatkowy moment, piekna chwila, jakas muza na moim ramieniu usiadla, cos ulotnego sie zdarzylo, czego nawet opisac nie umiem?
A czy Wam sie zdarzylo zmienic diametralnie smak i polubic cos, czego przedtem nie lubiliscie?
Dziekuje za trzymaniu kciukow. Przyznam, ze od dawna spac po nocach nie moglam. Ale teraz moge juz napisac, ze jest, udalo sie, mam domek (polowa blizniaka)! Wymarzony taki jaki chcial moj K-M, a nie ja, bez balkonow, balkonikow, ktore tak ladnie wygladaja, a ktore mnie sie marzyly, prosty w wygladzie o kubaturze ok 180 m. kw.
I kawalek ziemi przy domu jest, niewielki troszke ponad 500 m. A domek stoi w odleglosci ok 30 km od Gdyni niedaleko lasu, w pieknej, lesnej enklawie. To byla pierwsza opcja i pierwszy domek, na jaki w ogole spojrzal moj K-M jakies 6-7 m-cy temu w internecie. A dom dopiero sie budowac zaczynal. I mial racje, ze od razu trzeba bylo na domy w stanie developerskim patrzec, a nie te juz gotowe, ktore ludzie odsprzedawali. Stracilismy duzo czasu na bezowocne poszukiwania.
No, ale jest. Mam dom. Jedna jego czesc juz zostala sprzedana, druga kupilismy wlasnie dzisiaj w dniu 10 listopada 2009 roku - my! Jestem bardzo szczesliwa, nawieksze marzenie mojego zycia wlasnie sie spelnia. Az mi sie wierzyc nie chce! Jako, ze tak dobrze byc nie moze, zdaje sobie sprawe ile pracy i pieniedzy bedzie nas kosztowalo jego wykonczenie. Bez kredytu niestety nie obejdzie sie.
Prawie wszystko juz jest zaplanowane, zaprojektowane (od 2 tygodni projektowalismy i urzadzlismy) i K-M z tym wszystkim polecial do kraju i omawia z firma, ktora do przyszlego roku, do lata, nam go wykonczy pod klucz. Ja go jeszcze nie widzialam, tylko na zdjeciach, polece do kraju dopiero jak przyjdzie pora kuchnie wykanczac.
Tak sobie mysle, ze ten moj Aniol Stroz to jednak dobry chlop. To prawda, ze z wielkim trudem i dlugo trwa zanim to co sobie wymarze, zdobede, i nie zazdroszcze innym, tym, ktorym wszystko lekko i bez trudu przychodzi. Bez pracy nie ma kolaczy!
Jak na pedagoga przystalo zachowuje sie bardzo niepedagogicznie i nie mam wyjscia, a nawet chce to zrobic. Musze pomoc synowi napisac wypracowanie z jezyka polskiego. Syn nie tylko jako umysl scisly nie ma tej iskry bozej w pisaniu wypracowan, ktore do tej pory tylko pomagalam mu wyszlifowac, ale na tym polegl kompletnie, nic nie umie napisac, prosi o pomoc a i ja nie mam pomyslu jak sie do tego zabrac.
Rzecz tyczy dwudziestolecia... i albo konkretnych wierszy albo ogolnie do wyboru trzeba opisac konkretna grupe poetow i zinterpretowac ich wiersze. Choc lubie poezje, kazdego z poetow Skamandra z osobna, to jednak czytac albo z przyjemnoscia ich wierszy sluchac a napisac na ten temat jakies 5 stron A4 to calkiem inna sprawa.
Wiec od kilku dni i ja leze i kwicze. Szukam inspiracji w necie no i ciezko idzie, ale idzie, najgorsze jest tez to, ze nie mam nadal swojego laptopa a na cudzym sprzęcie kiepsko sie pisze!
Kolejny powazny problem mam z psem, ktory od jakiegos czasu po prostu wszystko olewa. Gdzie staje tam leje. Stary pies lat 7 a zachowuje sie jak przyglup, kiedy z domu wychodzimy musimy go zostawiac na zewnatrz przed domem, inaczej olal by kazda noge od stolu, kazdy mebel, zwisajace obrusy i framugi u drzwi. Nie wiem co za czort w niego wlazl, tu mu jeszcze daruje, bo podloga w terakocie i kamieniu a poza tym dom nie moj, ale w mieszkaniu naszym polskim mamy parkiet jednak i welniane dywany i nie wyobrazam sobie takiego zachowania.
Moze macie jakis pomysl co z tym fantem zrobic. Leje tylko kiedy nas nie ma w poblizu, moze ma jakas traume?
A przeciez tylko kabalek wypadl z mojego laptopa z zasilaczem, rymsnęło wszystko na podloge i koniec. Zasilacz spalony a i laptop nie dziala. Akurat miesiac temu minela mu gwarancja. Znajomi opowiadali, ze mieli podobna historie z amerykanskim sprzetem, tuz po terminie gwarancji wysiadl im. Chyba kolejnego sprzetu juz tam nie kupie.
Namierzam sie na niewielkich rozmiarow laptopik firmy Dell. Ale to za jakis czas, tymczasem goscinnie korzystam ze sprzetu Malego, znaczy syna. K-M swojego nie pozwala dotykac bo mu nasciagam wirusow i w ogole mam sie trzymac z daleka! No to sie trzymam. Ma takiego mula, ze wole syna malo praktyczne ale jednak szybsze komputerki. Do poludnia, kiedy syn w szkole korzystam z wielkiego jak biurko komputera, ekran jak krowa i lata mi wzrok na prawo i lewo, po jakims czasie boli mnie szyja. Klawiatura niestety do pisania sie niewiele nadaje, bo to klawiatura dla graczy! Pofaldowana i jakas zbyt bajerancka jak na moje proste wymagania, albo ich kompletny brak. Wieczorami syn pozwala mi korzystac ze swojego notebooka, o matko boska, chyba wole ten wiekszy bo to dopiero malenstwo! Ekranik malutki, syn tego urzadzenia uzywa do czytania ebookow. A klawiatura tez lilipucia jak na komorce, piszac ciagle jakies literowki sie tworza, a tam do licha, nie ma to jak moj osobisty sprzecik, chociaz wciaz do tego windowsa sie nie moge przyzwyczaic.
Szwaja przeczytana, rewelacyjna ta jej "Gosposia do wszystkiego". Wzbudzila we mnie rozne dawno uspione emocje, przywolala wspomnienia z lat hoho odleglych, kiedy to zakochana bylam w rosyjskich romansach i balladach i sluchalam ich bez przerwy. Poza tym sama glowna fabula ksiazki, mowiaca o tym, ze mozna zmienic swoje zycie diametralnie, mimo wyksztalcenia, mimo pewnych wpojonych zasad i wszystkiego co sie kryje pod slowem: "powinnosc", moza robic to co sie chce, lubi, umie , jest budujaca!
I to,ze zadna praca nie hanbi, niby wiadomo, ale z reka na sercu przyznajcie sie, chcialby ktos z Was byc czyjac gosposia?
No wiec i ja nie chcialabym, teraz dzisiaj, ale... do konca nie jestem pewna. Przez lata swojego zawodowego zycia najdluzej bylam sekretarka czyjas, szefowie sie zmieniali tak jak zmienialam firmy i slowo daje, ze chwilami mialam dosc bo i nieraz posprzatac trzeba bylo, nie zawsze siedzialam z noga zalozona na druga noge, pijac kawe i odbierajac telefony. Dostalam popalic nieraz, ale jak wspomne tamte lata to byla najciekawsza praca. Z ludzmi, z ich wadami i zaletami, na goraco, w biegu, wszystko na wczoraj, chocby kupowanie prezentow dla VIP-ow kiedy sie mialo 30 min. organizowanie spotkania (stol, przekaski, kawa herbata i wszystko musialo byc gorace wiec z termosami latalam po schodach do bufetu a potem na 3 pietro bo sie winda popsula akurat!), albo wymyslanie menu dla Wietnamczykow, ktorych szef zaprosil (nikt nie wiedzial, co jedza?). Bylo ciezko, ale ciekawie! A jaka satysfakcja jak dobrze poszlo. Mozna byc wiec i gosposia i kim tam sie chce! Tylko trzeba polubic, to, co sie robi! A ja lubilam tamta prace w przeciwienstwie do mojego K-M.
Ojej marudze, wspominam, jesien chyba sprzyja takim wspomnienim, a tu za oknem szaruga jesienna chociaz temperatura prawie 20 stopni... i spocialam sie jak mysz bo wychodzac z psem na spacer nie spojrzalam na termoter zaokienny. A to blad.
Wracam wiec do zajec domowych i slucham dalej rosyjskich romansow.
Lubie powroty. Gdziekolwiek nie bylabym, moze byc to najpiekniejsze miejsce na ziemi, to naprzyjemniejsze jest to, ze wracam potem do domu. A wiec moj powrot do wloskiej rzeczywistosci, do sloneczka, domu w kwiatach, do kotow, psa, K-M i syna (kolejnosc dowolna), byl radosny.
A tutaj powitalo mnie wszystko tak jak sobie wymarzylam. Ciepelko w domu, kominek, wloskie Chianti, swiece na stole, kolacja w postaci wielkiej miski winogron, brzoskwin sliwek od sasiada. Powitalo mnie wloskie sloneczko, tarasy w kwiatach, koty male i duze i perpsektywa, ze nigdzie nie musze biec, niczego robic, moge sie polozyc na kanapie i poleniwic.
Ale, ale... ja tak nie umiem.
Kobiety sa jednak nie do zdarcia, moj K-M po takiej meczacej wyprawie zwykle odpoczywa na kanapie i tylko pilotem zmienia kanaly w tv.
A ja?
Od rana biegam, musialam zaprowadzic w domu swoje porzadki, wyprowadzic psa, nakarmic koty, ktore zbiegly sie z okolicy, zajac sie ogrodkiem (to jeszcze pozniej, na razie to co pilnie trzeba bylo zrobic) i teraz w poczuciu dobrze spelnionego obowiazku przygotowuje chlopakom zeberka w kapuscie na obiad.
Pobyt w Polsce byl bardzo ekscytujacy. Nie tylko spotkania ze znajomymi i przyjaciolmi, ale to bylo bardzo wazne bo daja satysfakcje i laduja akumulatorki, obejrzalam dziesiatki domow, poza tym sprawy urzedowe. Kolejki wszedzie (w banku, w sadzie, w przychodni) opieszalosc urzednikow ale i moja cierpliwosc, powodowaly, ze ogolnie bylo ok. Poniewaz bylam w nieco innej sytuacji, mialam czas, moglam posiedziec, poobserwowac, podumac, nie wkurzala mnie ta polska codziennosc ani troche. Nie denerwowalam sie, nie stresowalam, ze czegos nie zdaze, ze musze szybko, ze cos czeka, ze ktos sie na mnie wkurza... spokojnie przyjelam, z pokora to, ze nie da sie niczego od reki zalatwic z usmiechem dziekowalam wszystkim za mile i uprzejme traktowanie i mysle, ze takie podejscie do zalatwiania spraw, spowodowalo, ze zalatwilam calkiem dobrze i sprawnie wszystko, co mialam w planach.
Tylko do ksiegarni wpadlam jak po ogien, bez listy ksiazek, ktore mialam kupic, a ktora zostala w mieszkaniu na stole. Nie mieszkalam w swoim mieszkaniu wiec nie skorzystalam z Waszych podpowiedzi. Ale ekspedientka w ksiegarni sprawila sie calkiem niezle, wyszukala szybko kilka babskich czytadel, zerknelam do srodka, wydaja sie byc ciekawe.
Zobaczymy!
Wsrod nich jest jedna pozycja Moniki Szwaji "Gosposia prawie do wszystkiego" o tej pozycji ktoras z blogowych Kolezanek pisala bardzo poztywnie, pozostale to Owen Whittaker "Tatus" i dwie Barabry Kosmowskiej "Niebieski autobus" i "Prowincja". Wiecej nie moglam zabrac bo niestety dopuszczalny bagaz w Wizzair, ktory wykupilam to bylo 15 kg. Podreczny mialam rownie ciezki i dobrze, ze nikt go nie wazyl. Tak wiec objuczona jak wielblad i tak ledwie dawlam sobie rade, a musialam zabrac ksiazki dla syna, polskie wedliny dla malzonka, jakies polskie slodycze dla dzieci z podworka na Hallowen, a moja przywieziona do Polski garderoba zostala w szafie. Nie zmiescila sie w walice. Zabralam tylko to, co moglam na siebie wlozyc.
A co z domem moich marzen?
Gdzies tam jest, czeka na mnie, jestem tego pewna!
Bardzo dziekuje Wam Wszystkim, Moi Drodzy, Niezawodni Przyjaciele za zyczenia (bo w Polsce nikt juz nie pamietal o mnie, ale nic to).
Jestem chwilowo u syna i synowej, jest mi u nich dobrze, ale zeby nie przesadzic jezdze troche do siebie, troche do nich. Synowa mnie wozi w prawo i lewo i w ogole zajmuje sie mna choc z brzuskiem jej ciezko, ale to dobra i kochana dziewczynka!
Z ciaza wszystko ok! Mikolja rosnie!
W swoim mieszkaniu nie mam zadnych mediow wiec jest mi troche smutno, ale mam prad, ksiazek nakupilam, siedze wiec przy zielonej herbacie i czytam ksiazki przy muzyce z jakiegos starego radia.
Nie mam ochoty na odwiedziny u znajomych, ta gdynska pogoda nie nastraja nawet do robienia zdjec.
Wizyta czesciowo sie udala, ale glowna czesc, dla ktorej przylecialam nie wyszla.
Teraz moge napisac! Przedtem nikomu o naszych planach nie mowilismy, nawet dzieci nie znaly ich.
Otoz: mielismy na oku upatrzony sliczny domek, jak z moich najtajniejszych marzen, tzn. czesc blizniaka. Domek malutki, przytulny z malym ogrodeczkiem blisko Gdyni. I kiedy juz wszystko dopielismy na ostatni guzik, kiedy ja z pieniedzmi na zadatek przylecialam do kraju, wlasciciel domu wycofal sie z jego sprzedazy. A chcialo sprzedac ten dom malzenstwo rozwodzace sie i niestety dogadac sie wciaz nie moga ze soba, szarpia itd... a ja zostalam w punkcie wyjscia!
Rozumiem argumenty wlasciciela, ze to jego domek wymarzony, ogrodek wypieszczony itd. ale... trzeba bylo predzej pomyslec o konsekwencjach a nie wtedy kiedy kupiec w progu stoi. Jest mi przykro, domku zal, byla to okazja, nie powiem wiec tym bardziej.
C'est la vie...
Jutro jade do rodzinnego miasta, mam jeszcze kilka spraw do zalatwienia na miejscu i wracam do Wloch z pustymi rekami, ale madrzejsza o kolejna zyciowa lekcje.
Zostawiam Wam Moi Drodzy gdynskie pozdrowienia i obiecuje, ze jak tylko znajde wiecej czasu tutaj, pozagladam w Was, a jak wroce do Wloch to juz z pewnoscia ponadrabiam zaleglosci!
Szykuje sie powoli do wyjazdu. Pakuje walizke, jedna niewielka. Lece we wtorek, z lotniska odbierze mnie moja kochana synowa, u niej i syna bede nocowala a w srode od rana biegam po urzedach, bankach, firmach.
To nie jest wyjazd w celach towarzyskich. To beda interesy, ale i walka z urzednikami naszych polskich tym razem urzedow, a namieszali nam troche niestety przez swoje niekomptencje. Nie mozemy wypisu z ksiegi wieczystej otrzymac, bo... urzednicy nie wiedza gdzie jest!
Rozpartuja od miesiecy nasz wniosek o wypis i... nic! Wedruje nasz wniosek po okolicach, az jedna zyczliwa i profesjonalna urzedniczka przesledzila losy ksiegi wieczystej, w ktorej jest nasze mieszkanie i okazuje sie, ze po wielu zmianach miejsc trafila ta ksiega ze zmienionym numerem do Gdyni!
Tylko w Gdyni nikt nie pofatygowal sie, zeby to sprawdzic, odsylajac nas a to do Wejherowa (?) a potem do Pucka (?) a ona tu lezy pod bokiem. Musi ktos z nas sie tym zajac, bo inaczej mieszkania nie sprzedamy. Padlo na mnie. K-M pracuje, a dzieci w Polsce maja swoje sprawy, zreszta i tak niektore sprawy musze osobiscie zalatwic.
Jesli uda mi sie z Polski zagladac do sieci to bede to robila z pewnoscia, bo czasu miec troche bede.
Poza tym, musze odwiedzic swojego ojca i tesciowa, przy okazji groby bliskich w rodzinnym miescie, glownie mamy i babci. W gdyni tez troche posiedze kolezanki gdynskie poodwiedzam, ale glownie moje dzieciaki.
Nikomu nic nie mowie, ze lece, bilet mam tylko w jedna strone, bo nie wiem kiedy wszystko pozalatwiam, zadnych prezentow nie wioze, tam tez bede sie musiala z kazdym groszem liczyc, no ale inaczej sie nie da! Plany mamy dosc kosztowne wiec... nic nie zdradzam bo nie ma sensu, nic konkretnego i tak napisac bym nie mogla.
Ale prosze, zyczcie mi powodzenia w mojej misji, przy okazji zreszta moich urodzin :)
We wtorek niestety dolacze kolejny rok do moich 48 obecnych :)
Wczoraj wieczorem zadzwonil syn z sensacyjna wiadomoscia, ze beda mieli synka. Nie wiem dlaczego on sie az tak mocno uparl na chlopczyka, nam znaczy dziadkom, wszystko jedno co beda mieli, najwazniejsze, zeby wszystko sie dobrze skonczylo, i zeby synowa, i jej malenstwo byli zdrowi i cali.
A moj syn jakos tak sie mocno uczepil tego synka, ze niewiele z tego rozumiem? Cieszy sie niesamowicie, dawno nie widzialam mojego starszego syna, zeby taki mial entuzjazm. Uradowany, szczesliwy, wyobrazam sobie jak zwariuje jak ten Mikolajek juz bedzie na swiecie :)
A ja moge zaczac jakies ubranka i zabaweczki powoli zbierac i juz wiem pod jakim katem to robic, to dobra wiadomosc.
Niedlugo wybieram sie na jakis czas do Polski i tu bardzo mnie syn zaskoczyl wiadomoscia, ze nie wyobrazaja sobie z synowa, zebym nie miala u nich zamieszkac. Ich wynajmowane mieszkanie duze nie jest, ale moge spac w salonie na kanapie i nie chca abym mieszkala te kilka dni sama w mieszkaniu, ktore tam przeciez mam.
Prawda, ze nie mam tam ani telewizora ani internetu, ani telefonu, ale to moje mieszkanie i ja sobie nie wyobrazam, bedac w Gdyni, zebym miala w innym miejscu nocowac.
I nie powiem, zeby mnie ta propozycja syna i synowej nie wzruszyla. Mojej ukochanej corci, nawet do glowy by taka mysl nie przyszla :(